sonka-b-iext24961188

 

Oto recenzja książki, która została omówiona na sierpniowym spotkaniu Klubu Przyjaciół Książki.

Gdyby streścić najnowszą książkę Karpowicza, okazałoby się, że mamy do czynienia z dość trywialną historią miłosną z czasów II wojny światowej. Tytułowa Sońka przed śmiercią wspomina uczucie łączące ją z SS-manem, Joachimem. Ta opowieść o miłości, która nie potrzebuje słów, jest jedynie punktem wyjścia do tego, co staje się w książce najistotniejsze – jest nim sam akt opowiadania, dokonywany przez dwie osoby. Kobieta wraca do wydarzeń z młodości w trakcie przypadkowego spotkania z Igorem/Ignacym, ten z kolei przenosi tę historię na deski teatru, wcześniej filtrując ją przez swój język.

„Sońka” Karpowicza jest więc książką o języku, którego używamy do opowiadania życia i historii. Wspomnienia mają dla bohaterki moc wyzwalającą – historia wielkiej namiętności prostej kobiety opowiedziana jest bez emfazy, z dominantą zdań pojedynczych służących do relacjonowania kolejnych wydarzeń. Tam, gdzie cierpienie jest niewyobrażalne, a co za tym idzie niewyrażalne, poddane procesowi zapominania, pojawia się milczenie. Bowiem oprócz tego, że jest to książka o wielkim uczuciu i opowiadaniu, pojawia się również motyw cierpienia zadawanego sobie przez ludzi – i nie trzeba tu „trybów wielkiej historii”, by ich do tego przymuszały.

Postać Igora pozwala pisarzowi pokazać, jak opowiadana przez Sońkę historia, musi zostać wpisana w obowiązujące w kulturze sposoby snucia narracji, które mają doprowadzić do tego, by „chwytać za serce, dusić za gardło”, co doprowadza do tego, że jednostkowe wydarzenia zaczynają funkcjonować w oderwaniu od osoby, a zostają zestawione z mitami czy symbolami już istniejącymi.

Dawno nie czytałam książki, która dawałaby w takiej niezwykłej symbiozie dwie rzeczy: pełną prawdy o człowieku historię opowiedzianą językiem tak skonstruowanym,  iż mamy wrażenie, że nie znalazło się w niej żadne zbędne zdanie.

Aut. Ilona Starosta